Portal sadownika

Konflikt interesów - zwiększanie plonu owoców zmniejsza koszt produkcji, ale pogłębia nadprodukcję w skali kraju

29-10-2021 Portal-Sadownik.pl

Konflikt interesów - zwiększanie plonu owoców zmniejsza koszt produkcji, ale pogłębia nadprodukcję w skali kraju

Obecną sytuację polskiego sadownictwa można by przedstawić jako węża zjadającego własny ogon. Wobec rosnących wydatków na środki produkcji oraz niestabilnych cen owoców, jednostkowy koszt produkcji na poziomie gospodarstwa można zmniejszyć wyłącznie dzięki zwiększaniu wydajności z hektara uprawy.

Dla pojedynczego sadownika nie jest rozwiązaniem po prostu ciąć koszty, czyli ograniczyć niezbędne wydatki na produkcję, ponieważ poskutkuje to spadkiem wysokości i jakości jego plonu. Pozostali sadownicy utrzymają bądź zwiększą dotychczasowy poziom produkcji, a on sam straci konkurencyjność na rynku i z niego wypadnie.

Efektem zwiększania wydajności jest jednak nadprodukcja owoców, która skutkuje ich niskimi cenami rynkowymi. Żeby utrzymać opłacalność, sadownicy muszą produkować więcej i lepiej. Zwiększają się więc uzyskiwane przez nich plony. Stare sady są zastępowane przez nowe, zakładane w mniejszych rozstawach. Dąży się do maksymalnego wykorzystania dostępnej powierzchni. Poprawie ulega również agrotechnika…

Próby radzenia sobie ze skutkiem pogłębiają zatem jego przyczynę. Rzuca się w oczy rozbieżność między punktem widzenia pojedynczego gospodarstwa sadowniczego a spojrzeniem makroekonomicznym.

Z punktu widzenia sadownika

W obecnych warunkach ekonomicznych produkcja jabłek zaczyna przypominać produkcję guzików, których wartość rynkowa wynosi ułamek grosza – trzeba ich wyprodukować bardzo, bardzo dużo, aby działalność przyniosła jakiś zysk. Trzeba zmaksymalizować moce przerobowe i maksymalnie wykorzystać posiadaną powierzchnię i potencjał plonotwórczy roślin. Tak, aby wyprodukować tyle dobrej jakości jabłka, ile tylko jest w danym sezonie możliwe.

Kalkulacjami opłacalności produkcji gospodarstw sadowniczych zajmował się przez wiele lat śp. dr Grzegorz Klimek. Wskazywał on, że przy zwiększaniu wydajności plonowania sadu, koszty ponoszone na produkcję nie wzrastają znacznie. Podstawowym czynnikiem zwiększającym ten plon jest dobór wydajnych w produkcji odmian (np. Muna) oraz gęste ich sadzenie (np. 40 – 50 cm odległości między drzewami w rzędzie). Wydajemy zatem więcej na samą inwestycję, ale szybciej się ona zwraca. Mamy upakowane na hektarze znacznie więcej drzew, ale oprysk czy nawożenie wykonujemy również na powierzchni hektara, niezależnie od tego czy będzie tam 2 tysiące czy 8 tysięcy drzew. Ponadto wzrost plonu handlowego pozwala zrekompensować wyższe nakłady ponoszone na produkcję, niezależnie od tego, czy wzrosty nakładów wynikają z aktualnej sytuacji rynkowej (np. podwyżki cen ŚOR i nawozów z powodu inflacji) czy są spowodowane tym, że więcej produkujemy (wyższe zużycie środków produkcji).

Łatwo to zobrazować. Przyjmijmy, że koszty ogółem danego gospodarstwa wynoszą 40 000 zł na hektar. Jeżeli gospodarstwo to zbierze 50 t jabłek, to koszt produkcji 1 kg jabłek wyniesie w nim 0,8 zł. Jeżeli uda się zebrać 70 t jabłek, to koszt produkcji w przeliczeniu na 1 kg wyniesie ok. 60 gr. Gdyby natomiast wskutek przymrozków czy innego kataklizmu gospodarstwo zebrało tylko 15 t jabłek z hektara, koszty produkcji wzrosłyby już do ok. 2,7 zł/kg, co wyklucza jakąkolwiek dochodowość.

Z tego wynika, że ktoś, kto chce utrzymać opłacalność produkcji jabłek w obecnych warunkach ekonomicznych, musi stawiać nie tylko na wysoką jakość, ale i jak najwyższą wydajność. Szanse na zmniejszenie zbiorów w skali kraju w kolejnych latach (wykluczając coraz mniej obserwowane skutki sezonowych zjawisk pogodowych) daje tylko to, że część gospodarstw wypadnie z rynku, nie mogąc już sprostać jego wymaganiom. Pozostaną tylko najlepsi, którzy potrafili gospodarować w trudnych warunkach. Ale nie jest to nic pewnego.

Na razie rozwój polskiego sadownictwa przypomina trochę ewolucję dinozaurów, która zmierzała wyłącznie w jednym kierunku – wzrostu ich wielkości i masy. Ze wzrostem potęgi fizycznej tych prastarych gadów nie szedł w parze rozwój mózgu i przyrost inteligencji. Nigdy nie wyewoluowałaby z nich populacja ludzka… Musiał dopiero spaść meteoryt, którzy zmiótł dinozaury z powierzchni ziemi, by możliwe było przejście do kolejnego etapu w ewolucji zwierząt. Kto wie, może prędzej niż się tego spodziewamy trafi się jakaś zima stulecia, która wyniszczy polskie sady, podobnie jak miało to miejsce w końcówce lat 80. ubiegłego wieku. Wtedy wszystko ruszyłoby z kopyta, pytanie, w jakim kierunku?  

Kończąc dygresję - każdy z nas wie, że opłacalność byłaby lepsza, gdyby towaru było mniej na rynku. Ale nikt nie ograniczy własnej produkcji na posiadanej powierzchni dla samej idei, ponieważ dobrze zdaje sobie sprawę, że reszta tego nie zrobi. Gdyby znalazł się taki naiwny, będzie jednym z pierwszych, którzy zbankrutują. Jeżeli już mam 10 ha sadu jabłoniowego, to wolę zebrać plon 60 t wysokiej jakości jabłka z hektara, a nie 30 t. Wtedy zarobek jest większy i zwiększa się szansa, że wyższy plon zrekompensuje nakłady poniesione na produkcję. 

Z punktu rynku

Czy tego chcemy, czy nie, zgodnie z prawami rynkowymi, ceny towarów spadają w miarę zwiększania się ich podaży. Jeżeli czegoś jest pod dostatkiem, będzie osiągać niższe ceny. Jeżeli coś jest w deficycie, ma szansę na uzyskanie lepszych stawek.

Dobrym przykładem może być Lobo – w tym sezonie zebrano tej odmiany wyraźnie więcej niż w poprzednim, więc jej ceny nie wyróżniają się już tak bardzo na tle innych odmian. To samo spotka Szarą Renetę, jest to tylko kwestia czasu, bo w ostatnich latach wielu mniejszych sadowników inwestowało w odmiany niszowe. A odmiana niszowa to taka, na którą popyt jest płytki i łatwo go przeszacować. Są to odmiany, na niekorzyść których działa czas – ze śmiercią babć i dziadków spadnie zainteresowanie odmianami do domowego przetwórstwa, takimi jak Renety czy Boskoopy.

Większość sadowników wierzy w prawa rynku wyłącznie wtedy, gdy efekty ich działania są im na rękę. Kiedy w czerwcu 2020 ostatnie partie cherlawego Idareda sprzedawały się na Zjazdowej po 3 zł za kg, wszystko było w porządku – rynek działał jak należy. Wzrosło zapotrzebowanie, a podaż była niska, więc i ceny towaru wzrosły. Kiedy w 2021 roku zawiodła serbska produkcja malin, zmniejszyła się dostępność towaru na światowym rynku, a ceny owoców dla polskich plantatorów podskoczyły – rynek również działał prawidłowo.

Kiedy natomiast w 2018 roku zebraliśmy ponad 4 mln t, cała Europa miała jabłka pod korek, a rynek na niespotykaną dotąd skalę wzrostu produkcji zareagował niespotykanej skali spadkiem cen – wtedy prawa rynku nie działały. Mówiono o spekulacji, dorabianiu się grup producenckich na biedzie sadowników oraz wszelkich możliwych spiskach w kraju i za granicą.

Nie jest oczywiście prawdą, że polski rynek wolny jest od spekulacji, zmowy cenowej czy innych zjawisk (również po stronie samych producentów), które decydują o okresowych spadkach cen owoców. Główną przyczyną biedy jest jednak zbyt wysoka produkcja w stosunku do możliwości zbytu. Reszta to zjawiska wtórne.

Związane z tematem

Czy naprawdę chcemy drogiego przemysłu?

Komentarze

Brak komentarzy

Napisz nowy komentarz